niedziela, 5 października 2014

Od Ani

Obudziłam się. Ciche terkotanie kół dobiegało z otwartego okna. Lekko zdezorientowana podniosłam się na fotelu. Poczułam zapach świeżego, wiejskiego powietrza.
- Gdzie jesteśmy? - wymamrotałam w stronę postaci, która siedziała obok mnie. Jeszcze nie do końca się rozbudziłam.
- O! Widzę, że już wstałaś księżniczko - usłyszałam wesoły głos taty. Wyprostowałam się na tyle, na ile pozwoliły mi pasy. Uniosłam ręce do góry, żeby się rozciągnąć, po czym głośno ziewnęłam, zasłaniając usta dłońmi.
- C-co? - zapytałam zaspanym głosem. Spojrzałam przez okno. Po kilku sekundach, gdy źrenice przystosowały się do jaskrawego światła, zobaczyłam piękny widok. Złociste pola różnych zbóż.
Nagle poczułam jak ktoś szarpie mnie za ramię. Odwróciłam się. Był to tata, próbował mnie obudzić.
- Ania, stawaj - rzucił ciepłym głosem. - Chyba chcesz być przytomna pierwszego dnia szkoły.
To zdanie obudziło mnie do reszty. Pierwszy dzień szkoły. Pierwszy dzień w Akademii "Zielona Mila". Pewnie większość osób w moim wieku wiąże ten dzień z początkiem czegoś strasznego i nudnego. Ale nie w moim przypadku. Ja, Ania Olszewska, zostałam przyjęta do prestiżowej szkoły jeździeckiej "Zielona Mila". Oznaczało to dla mnie nowy początek, nowe życie.
Tata szturchnął mnie w ramie.
- No już - powiedziałam w pełni trzeźwa - Wstałam.
Sięgnęłam po torebkę leżącą u moich nóg i wygrzebałam z niej swój biały telefon. Włączyłam go. Spójrzmy... 7 nowych wiadomości na facebooku, 3 SMS'y, 2 maile. Z lekkim znudzeniem odblokowałam urządzenie i kliknęłam w zieloną ikonkę SMS'ów. Jagna: Hej! I co dojechałaś? Jak tam jest? ;) Ola: gdzie ty się podziewasz, stara? Kaśka: Cześć, Aniu! Słyszałam, że jedziesz na Lubelszczyznę. Prawda to?
Mimochodem kliknęłam na Jagnę i wystukałam szybko w telefon: "Nie dojechałam jeszcze. Jadę. Napisze/zadzwonię potem. Pa ;*". Do Oli: "Jadę do szkoły xd", a do Kasi: "Prawda, prawda xd". Na resztę wiadomości nie chciało mi się odpisywać - zrobię to najwyżej potem.
Nagle pewna myśl zabłysnęła mi w głowie.
- A jak Makabreska? - odwróciłam głowę do tyłu, żeby zobaczyć szarą przyczepę. - Trzyma się?
- A czy ona kiedyś się nie trzymała? - odpowiedział tata, skupiając się na drodze.
- No nie...
- No więc właśnie.
Spojrzałam jeszcze do tyłu, na fotele pasażerskie. Na jednym walały się moje walizki i skrzynka Breski, a na drugim, na różowym posłaniu, spała moja kochana Sunia.
- Sunia... - szepnęłam cicho. Suczka machnęła tylko uchem i nie ruszyła się. - Sunia...
I znów zero reakcji. Postanowiłam dać jej spokój - nie będę męczyć biednego psa, niech się wyśpi. Po za tym to musi być niezły stres- tak zmieniać miejsce zamieszkania.
Znowu spojrzałam się na okno. Krew zaczęła we mnie wrzeć. Już wyobrażałam sobie nową szkołę. Widziałam ją już w Internecie. Piękne miejsce. Ale na żywo pewnie będzie jeszcze ładniejsze. I tyle nowych twarzy, nowych wrażeń! Ach! Już nie mogę się doczekać! Żeby zabić czas postanowiłam posłuchać muzyki. Wyjęłam trochę przestarzałe MP3 i słuchawki. Nałożyłam je sobie na uszy i włączyła piosenkę Ingrid Michaelson - "Be OK".
Nie dane mi było długo nasłuchać się tej melodii. Auto skręciło w prawo i wjechało w okolicę, która widziałam na zdjęciach. Stare dębowe lasy, ujeżdżalnie i hektary niczym nie zmąconej trawy. Ale nigdzie nie widziałam żywej duszy. W sumie trudno się dziwić, była sobota. Pewnie wszyscy pojechali do swojej rodziny, albo na miasto.
Tata wjechał na żwirowy podjazd z tyłu szkoły. Zaparkował obok wielkiego buku i zgasił silnik. Z impetem otworzył drzwi i wyszedł z rozgrzanego wnętrza auta. Poszłam jego śladami. Gdy tylko moje buty zetknęły się z podłożem, poczułam, że już tutaj należę, że jestem częścią Akademii.
- Trzeba znaleźć dyrektorkę - podsunął tata tym swoim nieco zamyślonym głosem.
- No... - burknęłam, nie zwracając uwagi na jego słowa. Zbyt byłam zaabsorbowana tym miejscem. Rozglądałam się to tu, to tam, nie mogąc się napatrzeć na te piękne tereny i powalający gmach szkoły. Jedno słowo - WOW! Miałam racje, na żywo było tu jeszcze piękniej.
Tymczasem tata podszedł do jakiś drzwi i lekko je popchnął. Ogarnęłam co się dzieje i truchtem do niego podbiegłam, ale twarz nadal miałam zwróconą w stronę terenów zielonych. Weszliśmy razem do środka. Był to długi korytarz wypełniony różnymi portretami osób na koniach. Portery były ładne, namalowane w stylu barokowym. Wewnątrz było trochę zimno i mało przytulnie, bo pokój był prawie pusty. Na szczęście żółte ściany poprawiały trochę ten ponury wystrój.
Nagle, z prawej strony, nadeszła jasnowłosa kobieta, ubrana w luźne spodnie i czerwoną koszule w kratę. Po stroju może bym nie zgadła, ale twarz miał identyczną jak dyrektorka ze strony internetowej Akademii. To musiałaby ona. Podeszła do nas na odległość metra, a stukot jej obcasów niósł się po korytarzu.
- Dzień dobry - powiedział tata i lekko kiwnął głową w stronę kobiety. Zawtórowałam mu.
- Witam! - odparła głośno blondynka, posyłając mi życzliwy uśmiech. - To pewnie nasza nowa uczennica - Ania Olszewska.
- Owszem - również się uśmiechnęłam, po czym dodałam lekko zawstydzona - To pani mnie poznała?
- Oczywiście! Jak mogłam nie poznać mistrzyni Europy juniorów w ujeżdżeniu?
Zarumieniłam się. Nie chciałabym, żeby kojarzono mnie tylko jako mistrzynię. Chciałabym być kojarzona jako Ania - fajna dziewczyna, albo Ania - dobra uczennica.
- No tak... - burknęłam trochę niegrzecznie.
- A ja jestem Roma Rószkiewicz, dyrektorka szkoły. Zapewne chciałabyś się rozpakować i odprowadzić konia do stajni?- poprzedziła moje pytanie pani dyrektor i poprawiła swoje roztargnione włosy. - Pan jest ojcem Ani, zgadza się? - tu zwróciła się do mojego tata.
- Tak. Marek Olszewski, do usług - powiedział i wyciągnął rękę na znak powitania. Pani Rószkiewicz uścisnęła tatową dłoń i przeszła do rzeczy: 
- Aniu, wyprowadź swojego konia z przyczepy, a ja rozmówię się z tatą, dobra?
- Pewnie! - krzyknęłam i popędziłam do drzwi. Usłyszałam tylko za sobą jak tata mówi: "Jest strasznie podekscytowana".
Wybiegłam na żwirowy podjazd i podeszłam do dużej przyczepy. Spojrzałam przez małe okienko. Makabreska stałą spokojnie leniwie machając ogonem.
- Wstawaj, Potworku. Wysiadka - powiedziałam do niej wesoło i otworzyłam drzwi od przyczepy. Koń natychmiast się ożywił. Podniósł łeb i postawił uszy. Chwyciłam za uwiąz i wolno wyprowadziłam ją z przyczepy. W tym samym momencie usłyszałam skomlenie od strony auta. Sunia wstała. Podeszłam z koniem do ciemnych drzwi i prostym ruchem umożliwiłam mojej suni wyjście na dwór. Sunia wypadła z wozu jak torpeda i zaczęła latać dookoła, zatrzymując się co chwila na wąchanie nowych rzeczy. Zaczęłam głaskać Makabreskę po pysku, żeby ją czymś zająć - bo ta już się dobierała do zielonej trawy. Jedną ręką trzymałam za różowo-brązowy kantar, a drugą jeździłam w te i wewte po jej głowie.
W tym momencie z drzwi, z których poprzednio wyleciała, wyszedł tata z panią Romą i jakimś nieznanym mi panem. Dyskutując żarliwe powoli zbliżyli się do mnie i Breski.
Gdy już byli blisko mnie odezwała się pani dyrektor:
- Aniu, teraz ty i twój tata rozpakujecie twoje bagaże, a twojego konia zabierze pan Filip, nasz stajenny. Jak się nazywa twój koń?
- Makabreska - odparłam.
- Panie, Filipie - zwróciła się do czarnowłosego mężczyzn - Proszę zabrać Makabreskę do stajni. A ty chodź - zachęciła mnie ruchem dłoni. Oddałam stajennemu konia i wraz z panią dyrektor i tatą poszliśmy do mojego pokoju.
Pani Roma prowadziła nas przez kręte korytarze szkoły tak, że nie zapamiętałam drogi. Miałam tylko nadzieje, że tata ją pamięta. Byliśmy na 2 piętrze tego wielkiego gmachu. Na długim korytarzy znajdowały się ustawione w równej odległości drzwi.
- Jaki jest twój ulubiony kolor? - spytała nagle, ni z tego, ni z owego pani dyrektor.
- Em... Różowy.
- Doskonale! - wykrzyknęła uradowana. - Mamy pokój akurat w tym kolorze.
Polubiłam panią Romę. Za tą jej wewnętrzną radość i bycie miłym.
Zaprowadziłam mnie do drugiego pokoju po prawej stronie. Otworzyła drzwi, wykonując gest pokazowy. Moim oczom ukazał się przytulny, ładnie urządzony pokoik. Kolorystycznie różowo-biały, z zielonymi akcentami. Łóżko, biurko, stolik, szafa, kufer, półki na książki i drzwi do jasnej łazienki, która wydawała się dosyć duża. Ogólnie panował tu nowoczesny styl. Bardzo mi się spodobał ten pokoik.
- I jak? - zapytała dyrektorka.
- Bardzo ładny - odpowiedziałam z zachwytem.
- Mi też się podoba - dorzucił basem mój tata, po czym klepnął mnie w razie i powiedział:
- Choć! Idziemy wypakowywać bagaże.
Odgarnęłam włosy z twarzy i ruszyłam za tatą.
~~~
Rozpakowywanie trwało dość długo, za to nauczyłam się gdzie jest stajnia, stołówka, sekretariat i mój pokój. Stałam teraz na żwirowym podjeździe, trzymając non stop ruszającą się Sunie w rękach i machałam żarliwie na pożegnanie swojemu tacie. Wcześniej dostałam jeszcze kazanie- czego robić, czego nie robić, na co uważać itd., tata jeszcze chwilę pogadał z panią dyrektor i zaczęliśmy ściskać się i żegnać. Zbierało mi się na płacz- w końcu nie będziemy się widzieli aż do jakiegoś dłuższego wolnego, ale jakoś powstrzymałam łzy (wszystkie, oprócz jednej, która wolno spłynęła po moim policzku, rozbryzgując się na bluzce). Tata upewnił się, czy mam wszystko, dał mi jeszcze 10 zł ("na czarną godzinę") i wsiadł do auta.
Machałam jeszcze długo, po tym jak zniknął za rogiem. Gdy już stwierdziłam, że wystarczy obróciłam się napięcie, z zamiarem wrócenia do pokoju i rozpakowania się. Ale nagle, z daleka, nadeszła jakaś para ludzi- blondynka i brunet z bródką.

<Dawid? Pola? :P>

Od Asi CD. Remka

Uniosłam brew, patrząc na niego znad kubka z herbatą. Skąd w ogóle pomysł, że miałam ochotę coś gotować? A do tego z ni? Sama to często proponowałam, fakt, ale... Kobieta zmienną jest, czyż nie? Pomimo wszystko, miło, że sam zaproponował to nieszczęsne wspólne gotowanie.
- Po wczorajszych gofrach jestem przejedzona, odpuszczę sobie śniadanie - powiedziałam, podając mu drugi kubek z napojem. Spojrzał na mnie zdziwiony, chwytając naczynie za uchwyt. - No co, wiedziałam, że w końcu przyjdziesz - wzruszyłam ramionami, upijając kolejny łyk.
- Miło z twojej strony - uśmiechnął się, kurde, znowu te dołeczki. Przeszedł przez kuchnię, stając przy lodówce. - Ja skuszę się na kanapkę.
- Tost byłby lepszy - zauważyłam, przymykając oko. Nie lubiłam kanapek, były zbyt... zwyczajne. Wmuszali je we mnie w domu i w akademiku, nie co się dziwić, że nie lubię chleba. Jak ludzie mogą w ogóle żyć, jedząc same kromki z szynką/serem (niepotrzebne skreślić, wedle uznania).
Dobra, nieważne, w każdym razie, moje posiłki przygotowane musiały być z finezją, a nie byle jak, na szybko. Przecież jedzenie nie na tym polegało. Nie chodzi o to, żeby żreć, tylko po to, żeby przeżyć. To znaczy, może niektórzy tak robią, ale ja nie dałabym rady. Odmiany są potrzebne, a szczególnie, jeśli o dietę chodzi. I kto to mówi? W sumie żywiłam się jedzeniem z mikrofali, czasem przegryzłam jakiś owoc, ale do warzyw brałam się niechętnie.
- O czym tak rozmyślasz? - zapytał Remik, siadając na blacie obok mnie.
- O sensie jedzenia, bardzo ciekawa kwestia - odpowiedziałam, rozglądając się po sterylnym pomieszczeniu, w poszukiwaniu czegoś do przekąszenia. Jabłka, pomarańczy, nektarynki... No nic nie ma. Podeszłam do lodówki i na szczęście znalazłam papierówki. Kwaśne, bo kwaśne, ale lepsze to niż nic. Opłukałam owoc i wróciłam na swoje miejsce, ochlapując kolegę wodą. Zerknął na mnie z ukosa, kiedy ugryzłam pierwszy kawałek.
- Hmm? - mruknęłam z pełnymi ustami, czując na sobie baczne spojrzenie. Naprawdę miał ładne oczy. Jezu, znowu to samo.
- A nic, nic - uśmiechnął się, szkoda, że ja tego nie odwzajemniłam. Głównie dlatego, że smak jabłka na to nie pozwalał. Głupie dołeczki, znowu. Dobrze, że miałam na sobie warstwę pudru, bo prawdopodobnie oblałabym się rumieńcem, a skoro miałam związane włosy, nie zdołałabym zarzucić ich na twarz. I po raz kolejny - czemu jego obecność mnie peszy? No Jezu, rówieśnik siedzi obok mnie i je ze mną śniadanie, co w tym nadzwyczajnego? Może to, że rówieśnik jest przystojny... Uciszyłam głos w swojej głowie.
- Znowu myślisz o sensie pożywienia? - zapytał, a ja pokręciłam głową.
- Sprawy mniej rozgarnięte - odparłam wymijająco, szczerząc zęby.

<Remik? XD>

Od Remka C.D Asi

- Ciekawe jakie jeszcze masz fetysze - rzuciłem w żartach, unosząc jedną brew.
- No cóż ty się nie dowiesz - odgryzła się mieszając herbatę.
- Friendzonujesz mnie? - wygiąłem usta w podkówkę, smętnie spuszczając głowę.
Dziewczyna wzruszyła lekko ramionami skupiając się na herbacie. Czyli co? Nie? Tak? Zastanowię się? Noż kurczę.
- No w porządku - powiedziałem po chwili wstając - To tego.. ja będę iść do siebie już. Spotkamy się jutro na śniadaniu? - uśmiechnąłem się.
- Aha - zbyła mnie sącząc gorący napar - Do jutra.
- No pa - Hm. Smutek bardzo. Nie wiem czy powinienem zrobić od razu jedzenie czy poczekać na Asię. Kurczę. Może się ucieszy. A może nie. Co robić? Hmmm.
Idąc korytarzem wyciągnąłem telefon i wystukałem sms do Kiciaka. Dawid jak to Dawid odpisał dopiero po jakiś dziesięciu minutach.
"Zrób dla trojga to porobię wam za przyzwoitkę. Herbatę po proszę z cytryną + 2 łyżki cukru. Oraz mięte. Zresztą sam wiesz :* "
No ta. Pomocny nie powiem. Zrobię dla siebie i dla Asi. Niech sobie sam robi kurde. W końcu to on jest tu pełnoletni, nie? Tak. Jezu. Przecież on w tym roku kończy Akademie i będzie nie zgadniecie kim. Instruktorem cholera. Słodki Jezu miej nas w opiece.
Zbyłem go jakimś tam "XD" czy coś i w spokoju dotarłem do swojego "apartamentu". Spodziewając się łatwo otwieranych drzwi, chwyciłem za klamkę i z minimalną siłą pchnąłem drzwi do przodu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wyrżnałem nosem w drewno! Dopiero za trzecim podejściem udało mi się wślizgnąć do pokoju. Co tu się odje....
Hm.
Musiałem się trochę rozpędzić. Ale dokąd? No nie wiem. Kurczę dawno takiego burdelu nie zrobiłem. Aż żal opisywać. Skrótem mówiąc gorzej niż jak w prawdziwym, tanim burdelu. Ale wiecie nie, że bywam. Po prostu ten.. no internet, nie? No dokładnie. Koniec tematu.
Przedarłem się do łóżka i przysiadłem na wolnym rogu. Przyglądając się stercie ciuchów na pościeli zastanawiałem się czy nie lepiej dziś spać w stajni.  Pewnie higieniczniej. Eh.
Zebrałem swoją małą tęczową poduszeczkę i podreptałem do pokoju Dawida. Bez pukania wszedłem do środka i ulokowałem się na łóżku. Kiciak siedział przy biurku pykając w coś tam na laptopie. Na moje najście zareagował jedynie mamrotem, że mam nic nie usyfić. Przytaknąłem przymilnie i zająłem całą powierzchnię jednoosobowego tapczana. Dawidek i tak się nie obrazi. Wątpię by dziś spał, stwierdziłem patrząc jak wciąga się w grę. Może nad ranem go weźmie na sen. Może.
Obserwowałem jeszcze przez chwilę rozgrywkę po czym wtulony w podusię usnąłem.
Obudził mnie dziwny dźwięk. Co do..? O um huh.
A to ciekawe.
Dawid usnął przed a konkretniej na laptopie. Nieszczęsne urządzenie wciąż było włączone i teraz buczało żałośnie przygniatane ciężarem chłopaka. Niedbałym ruchem uwolniłem je od męczarni i dałem odpocząć. Kiciak nawet nie drgnął. Na którą ma lekcje? Chyba dopiero na dziesiątą. Albo siódmą może.. A nie wiem w sumie. Wychodząc z pokoju pościeliłem za sobą łóżko i zostawiłem karteczkę z krótkim "Dzięki. Mam nadzieję, że jednak miałeś na 10. K'n'L Remek".
Wróciłem do siebie żeby wepchnąć swoją poduszkę gdzieś na  łóżko i zgarnąć czyste ciuchy. Na szybko przebrałem się w łazience i zostawiłem pokój  samemu sobie. Posprzątam. Kiedyś tam. Jak nadarzy się okazja. No..
W stołówce zjawiłem się jako jeden z pierwszych. Kilku uczniów siedziało przy stoliku głośno o czymś dyskutując. Nie wiedziałem w nich żadnego znajomego, więc od razu poszedłem do kuchni.
- Jesteś szybsza ode mnie - rzuciłem oskarżycielsko widząc urzędującą Asię - Nie dajesz mi się wykazać.
- Było spać dłużej - wyszczerzyła żeby znad kubka herbaty.
- Miałem ciężką noc - burknąłem - No, ale mniejsza. Co dziś pichcimy? - uśmiechnąłem się wesoło.

<Asiu? ;3>

sobota, 4 października 2014

Od Asi CD. Remka

Idealne? Były dobre, owszem, ale jadłam lepsze. Przekręcałam głową raz w jedną, raz w prawą, oglądając gofra z każdej strony. Spojrzałam w końcu na chłopaka, marszcząc lekko brwi.
- Może być - stwierdziłam, wzruszając ramionami.
- Jak to "może być"? - oburzył się szatyn, chwytając posiłek w dłoń i obracając go w powietrzu. - Patrz, to jest dzieło sztuki!
- Źle dobrałeś śmietanę, powinna być trzydziestka, a nie dwudziestka ósemka - powiedziałam niczym znawca, na co on popatrzył na mnie z dezaprobatą dostrzegalną w błękitnych oczach.
- Znalazła się koneserka - mruknął pod nosem, upijając łyk bawarki.
- Jeśli o herbatę chodzi, moim zdaniem jest pyszna, czuć, że zrobiona przeze mnie - uśmiechnęłam się, sięgając po swoją szklankę. Jako miłośniczka tego napoju, musiałam przyznać, że wyszedł wyjątkowo dobrze. Filozofia wlania mleka do herbaty.
- Złe proporcje - SŁUCHAM? Jakie złe proporcje! Sam ma złe proporcje. Trzeba być mną, żeby zacząć dławić się od myśli. Rozkaszlałam się na dobre, nieudolnie odstawiając naczynie trzęsącymi się rękoma. Doszłam do siebie dopiero po jakimś czasie ze łzami w oczach. Przetarłam twarz i odetchnęłam, pociągając przy okazji nosem. Najwyraźniej nie udało mi się odłożyć szklanki tak, jak chciałam to zrobić.
- No patrz, znowu oblałam ci czymś spodnie - zaśmiałam się, po czym ponownie odkaszlnęłam. - Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe - dodałam, zerkając na niego przepraszająco.
- Mam nauczkę, żeby nie ubierać ich, kiedy przy mnie jesz lub pijesz - powiedział, kręcąc głową. Wstał z krzesła i skierował się w stronę drzwi, zostawiając mnie w pomieszczeniu. Z korytarza usłyszałam jeszcze krótkie "zaraz wrócę". Dokończyłam gofra, po czym ponownie uzupełniłam czajnik. Usiadłam, nacisnęłam na przycisk i z kubkiem w dłoni czekałam, aż woda się zagotuje.
- Chcesz drugą herbatę? - zapytałam, taksując go od góry do dołu. - Ciemne spodnie przy mnie są o wiele lepszym wyborem, niż beżowe - zauważyłam, napotykając to samo spojrzenie, co przy spostrzeżeniu o śmietanie.
- Nie dziękuję - odpowiedział, kręcąc lekko głową. - Dużo pijesz, szczególnie herbaty - dodał, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Taki fetysz - odparłam z uśmiechem, zalewając torebkę, starając się przy okazji nie oblać wrzątkiem.

<Remek? c:>

piątek, 3 października 2014

Od Remka C.D Asi

- Nie mam ochoty na tosty - wyszczerzyłem zęby - Ale za to gofry nie byłyby złym pomysłem.
- Gofry? - dziewczyna wydęła wargi - A z czym? - spytała, mrużąc podstępnie oczy.
- Z bitą śmietaną rzecz jasna - zacząłem wyliczać - Z owocami, z dżemem, marmoladą, nutellą, z czym zechcesz. Buszując po szafkach chyba raz widziałem sosy do lodów włoskich...
Błysnęło jej lekko w oczach i odruchem oblizała usta.
- No - rzekła w końcu - Skuszę się, ale ty pichcisz. Ja zrobię herbatkę. Może bawarki?
- Idealnie - ucieszyłem się - Zjesz najlepsze gofry w swoim życiu. Możesz być tego pewna.
- Zobaczymy - uśmiechnęła się wyzywająco - Ale teraz do kuchni, kucharzyno. Lady czeka na posiłek.
Popatrzyłem na nią z ukosa i z przesadą wykonałem ukłon.
- Z największą przyjemnością.
Kuchnia przywitała nas typowym dla siebie zapachem sterylnej czystości. Szybko zebrałem wszystko co mi potrzebne i nieskładnie rozłożyłem to na blacie. Przygotowanie gofrów nie jest trudne, na początek należy wszystkie składnik połączyć ze sobą w dużej misce i ze sobą zmiksować. Do stworzonej w ten sposób masy dodałem  ubite białka i zmieszać. Ciasto przeniosłem za pomocą chochli do dobrze rozgrzanej gofrownicy i czekałem aż upieką się na złoty kolor. Po upieczeniu gofrów wystudziłem je na kratce. Gofry tak wykonane są bardzo wtedy bardzo delikatne i puszyste. Na pewno zachwycą Asię.
Zadowolony efektami swojej pracy spytałem dziewczyny z czym chce swoje gofry.
- Owoce i bita śmietana - odparła znad parujących kubków bawarek.
Uśmiechnąłem się pod nosem i, skończywszy uzupełnianie gofrów, podałem dziewczynie talerz z jej jedzeniem.
- Smacznego - rzuciłem z francuskim akcentem przysiadając się obok Asi - Mam nadzieję, że są co najmniej idealne - puściłem do niej oczko.

<Asiu?>

czwartek, 2 października 2014

Od Asi CD. Remka

Zmierzyłam Remika wzrokiem. Ja naprawdę słyszę, kiedy telefon wibruje, aż tak słabego słuchu jeszcze nie mam. Pytanie tylko, czemu nie odebrał? Może to coś ważnego? Może właśnie jakiś budynek się na niego wali i ktoś chce go o tym zaalarmować? Ale zaraz, wtedy powinni ostrzec też mnie, końcu stoję obok. Rozejrzałam się nerwowo wokół. Nic się nie waliło, co za ulga. Wracając, może to naprawdę było coś ważnego? Co, jeśli jechała po niego policja, bo okazał się zamieszany w jakieś dilerskie porachunki? Remek? Jezu, nie, o czym ja w ogóle myślę? Przecież na coś takiego nie było żadnego prawdopodobieństwa. Otrząsnęłam się dopiero, gdy głupi telefon przestał dzwonić. To wszystko przez komórkę.
- Jasne - odparłam krótko, starając się w miarę naturalnie uśmiechnąć. - Idę już na maneż, ubieraj Lune, ja w tym czasie rozprężę Kalandora.
W odpowiedzi uzyskałam kiwnięcie głową. Bez słowa zacmokałam na konia i pociągnęłam delikatnie za wodze, kierując się na ujeżdżalnię. Wsunęłam dłonie w rękawiczki, założyłam kask, odwinęłam strzemiona i usiadłam w siodle. Chwila stępa, lekkie rozciągnięcie i zaczynamy. Na początek kilka zatrzymań, cofanie i znów do przodu. Zebrałam mocniej wodze i przyłożyłam łydki do kłusa. Lekkie wyciągnięcia po przekątnej, kilka zmian kierunku przez pół wolty i ujeżdżalnie, a na koniec drągi. Cztery przejazdy z obu stron i z powrotem do stępa. Jedno okrążenie, zakłusowanie na krótkiej, a od narożnika galop. Kalandor najwyraźniej miał jeden ze swoich "lepszych dni". Już dawno nie spotkałam się u niego z tak sprężystym, głębokim krokiem. Pojedyncze cavaletti na rozciągnięcie i pierwszy najazd. Metrówka poszła na pierwszy ogień. Wałach sam idealnie wymierzył odległość, więc mi pozostało tylko unieść się w siodle i ponownie w nim usiąść. Jako kolejna - stacjonata z otwartym dołem, o wysokości około metra dziesięciu. Dodanie na ostatnich dwóch foule i czysto, podobnie zresztą, jak następna, tak samo wyglądająca przeszkoda. Poklepałam konia po szyi i nakierowałam na okser. Bezbłędnie, w przeciwieństwie, do najniższego na hali krzyżaka. Jako ostatnią skoczyliśmy zabudowaną stacjonatę sto czterdzieści, a jak na podsumowanie, Kalandor pozwolił sobie na lekkie bryknięcie. Ten sam parkur przejechałam kolejne dwa razy w nieco innej kolejności, po czym zwolniłam do stępa. Pogłaskałam wałacha po spoconym karku, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Już dawno nie miałam tak udanej jazdy.
- Nieźle, nieźle - usłyszałam gdzieś z boku i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że Remik już do nas dołączył. Wyszczerzyłam zęby z radości, Kalandor skakał dziś wyjątkowo dobrze, naprawdę nie miałam na co narzekać. Z zaciekawieniem obserwowałam, jak chłopak na swojej klaczy pokonuje ten sam parkur. Wszystko bez żadnej zrzutki, nawet po kilkukrotnym przejeździe. Wymieniliśmy się spojrzeniami, kiedy w końcu przeszedł do stępa.
- Od biedy ujdzie - mruknęłam z sarkazmem, wyczuwalnym na niesamowitą odległość. Klepnął mnie w ramię, przejeżdżając obok, a ja nie mogąc oddać tak samo, uderzyłam go lekko palcatem.
- Kończymy wreszcie? - zapytałam, poluzowując popręg o kilka dziurek. Chłopak przytaknął, więc z ujeżdżalni przejechaliśmy pod stajnię. Zsiedliśmy z koni, opłukaliśmy im nogi na myjce i odprowadziliśmy do boksów.
- Co powiesz na tosty? - zaproponowałam, spoglądając na niego z ukosa.

<Remek? XDD>

środa, 1 października 2014

Od Remka C.D Asi

Pokiwałem ze zrozumieniem głową jednocześnie delikatnie wzruszając ramionami.
- Każdy ma swoje szaleństwa - rzuciłem lekko, jakoś nieszczególnie zaskoczony zwierzeniem Asi.
Dziewczyna zmarszczyła brwi najwyraźniej nie spodziewając się takiej reakcji.
- Oliwia miała kiedyś depresje - wytłumaczyłem - Żadna choroba mająca podłoże w psychice mnie nie zdziwi. Tak czy owak cieszę się, że teraz będę wiedział czemu zachowujesz się tak a nie inaczej.Co nie zmienia faktu, że w sumie mogłabyś przeprosić Dawida - spojrzałem w stronę Kiciaka. Chłopak stał przy kasztanie dokładnie szorując jego sierść. Ładny koń z tego dzikusa, muszę przyznać. Cholera chyba już go gdzieś wiedziałem, ale gdzie? Muszę przejrzeć swoje notatki...
- No cóż - Asia wydęła lekko usta - Pozwolisz, że zajmę się Kalandorem i sobą?
Podrapałem się po brodzie, ale szybko przytaknąłem. Niestety, ale tożsamość ogiera jest zdecydowanie ciekawsza niż naburmuszona Aśka. Już po chwili pędziłem do swojego pokoju przeglądając w głowie wszelkie wzmianki na temat jakiś dzikich koni w naszej okolicy po za Srebrzanką i Nikke.
Mój pokój przywitaj mnie pedantyczną czystością. Huh. Kiedy ja..? A mniejsza. Czasem z nerwów robię rzeczy, o których niekoniecznie potem pamiętam. Bywa. Tylko gdzie wcisnąłem notatki i ten nieszczęsny brudnopis pozbawiony już okładki? Niech pomyślę. Za pewne jest w miejscu, które bym najmniej podejrzewał. W takim, w którym nikt nie trzyma ważnych notatek. Nigdy. Gdzie nikt by ich nie znalazł.... Proste! Na biurku na starcie innych papierów! Za dobrze siebie znam. Oraz naoglądałem się zbyt wiele seriali psychologiczno-detektywistycznych, ale mniejsza.
Zgodnie z moimi słowami zniszczony zeszyt leżał elegancko na kupce innych już w lepszym stanie. Biedaczek, pomyślałem, kartkując zamazane, pozapisywane i porwane notatki. Nie potrzyma zbyt długo. Szkoda, szkoda będę musiał zainwestować w kolejny. Może się machnę i kupię taki w twardej okładce? A nuż dłużej ze mną wytrzyma. Wątpliwe, ale nadzieję można mieć.
Hmmm.... Nikke, Srebrzanka, jeszcze trochę Nikke i jakiś szkic Srebrzanki.. Komiks? Heh, fajnie to wymyśliłem. Co tu dalej... O! patrzcie to tu mam ten formularz co do zajęć dodatkowych no kto by pomyślał? Nice, coraz ciekawsze rzeczy. Ooooo zdjęcie malutkiej Sagusi no co za słodziaczek ojojoj. Moje cudo. Hmmm a cóż to? Jakaś fotografia. A któż to ten dzieciaczek w negliżu.... O cholera. Oliwia ty.. Uf dobrze, że nikt tego nie znalazł, lol. A bym miał przerąbane równo. Tylko gdzie to teraz schować? Umm... chyba najlepiej będzie to spalić. Oj tak. Spalić to dobre rozwiązanie. Yhmn. Definitywnie. Dziś w nocy o północy innego wyjścia nie ma. No, ale wracając do rzeczy..
Wzmianki o dzikim kasztanie znalazłem wciśnięte mikroskopijnym pismem w rogu kartki. Z tego co zdołałem rozszyfrować koń nosił imię Grandbino a w okolicach pojawił się przeszło 7 lat temu jeszcze jako źrebię wraz z zdziczałą siwą klaczą. Za pewne jego matką. Niestety siwka zniknęła rok później zostawiając małego. O dziwo roczniak poradził sobie niezwykle dobrze i nic nie wskazuje na to, by coś mu groziło. Od 4 lat nie spotkano się z nim, ani nie zauważono śladów jego egzystencji. Powszechnie uznano, że koń albo odszedł, albo nie żyje. Aż do wczoraj jak się okazuje.
Zamyślony przysiadłem na fotelu. Dawid ma pod swoją opieką Grandbina. Nieźle. Trzeba mu będzie o tym powiedzieć. Ucieszy się. Chociaż na bank zmieni mu imię. Ciekawe co wymyśli, bo czasem wpada na naprawdę umm głupie pomysły.
Chwilę jeszcze posiedziałem wpatrując się w pustą przestrzeń po czym, zgarniając przy okazji cieplejszą bluzę, wyszedłem z pokoju. Która to już to godzina? 15.39. Czy Asia nie chciała po południu iść na trening? Może zabiorę się z nią. Kiciak może w sumie poczekać.
Nieco ospałym krokiem dotarłem pod stajnię wypatrując dziewczyny. O jest. Siodła właśnie Kalandora. Uśmiechnąłem się po nosem i podszedłem.
- Hej - przywitałem się grzecznie - Wybierasz się na trening?
- Jak widać - odparła, poprawiając popręg.
- A mogę z tobą? - spytałem po chwili, przy okazji czując jak telefon wibruje mi w kieszeni. Poczeka. Mam teraz ważniejsze rzecz na głowie.
- To jak - uśmiechnąłem się przymilnie - Mógłbym?

<Asiu?>

Od Remka C.D Asi

- Że dzisiaj? A nie jesteś jeszcze kontuzjowana? - spytałem nieprzytomnie, nawet nie unosząc głowy z poduszki. Cappy popatrzył na mnie oskar...