piątek, 10 października 2014

Od Dawida C.D Ani

Uśmiechnąłem się idącej blondynki wyciągając na boki ręce jak do uścisku. Dziewczyna minęła mnie pokazując zadziornie swoje bialutkie kły i weszła do stajni. Opuściłem smutno ramiona rzucając jej spojrzenie zranionego szczenięcia.
- Nie tym razem - zaśmiała się.
- No weź - jęknąłem boleśnie wchodząc do budynku - To tylko jedno małe przytulenie nic wielkiego. Co ci szkodzi?
- Wiele - mrugnęła do mnie, idąc w kierunku boksu swojego konia. Ruszyłem za nią choć Artem stał na swoim małym pastwisku. Mimo, że mam go już długo wciąż nie nauczył się stać w stajni. I pewnie nie nauczy..
- Sugerujesz, że przytulenie mnie wiązałoby się z utratą dobrego imienia i poniesieniem niewyobrażalnej wręcz hańby?
Ania podrapała się lekko po brodzie spoglądając na mnie z zastanowieniem. Po dłuższej chwili, w ciągu której zdążyliśmy dojść do boksu Makabreski, wzruszyła lekko ramionami.
- Przypuszczalnie nie - stwierdziła w końcu - Po prostu aż żal mi obok ciebie stawać, bo wydaję się maleńka.
- Racja - przyznałem, przekręcając lekko głowę na bok - Jesteś niska.
- No wiesz - prychnęła szturchając mnie lekko - Takich rzeczy nie mówi się kobiecie!
Uniosłem w obronnym geście dłonie, wybuchając śmiechem. Zrobiłem skruszoną minę.
- Przepraszam. Ale takie są fakty. Przecież nie będę stawiać się okrutnej prawdzie. To by mnie zabiło - pokiwałem z powagą.
- Prędzej ja cię wykończę - Ania rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie wyprowadzając Makabreskę z boksu. Odsunąłem się nieco robiąc im miejsce i, trzymając dystans, wyszedłem za nimi przed stajnię.
- Jesteś okropny - stwierdziła przywiązując klacz do metalowego ringu w ścianie.
- No wiem - westchnąłem smutno - Ale nic z tym nie zrobię niestety. Taki już się urodziłem. Genów nie zmienię. Imienia też nie.
- A co tu ma twoje imię do rzeczy?
- No coś tam ma podobno jeżeli wierzyć wszelkim znaczeniom i tym podobnym. Wiesz to zobowiązuje.
- Wcale nie - dziewczyna przewróciła oczami sięgając po wcześniej przyniesione zgrzebło.
- Ciebie pomijam - puściłem do niej oczko uciekając przed nadlatującą szczotką - Idę po Artema! - krzyknąłem biegnąc w stronę zagrody ogiera.
Kasztan przywitał mnie wesołym rżeniem. Podbiegł do bramki i z ciekawością przyglądał mi się, czekając na to co mu przyniosłem. Pogłaskałem go po pysku i wyciągnąłem kostkę cukru. Artem wyciągnął po nią głowę cierpliwie czekając, aż pozwolę mu wziąć przysmak. Podroczyłem się z nim troszkę i na koniec położyłem na ziemi rękawiczkę.
- Podnieś proszę - nakazałem, potrząsając dłonią z cukrem.
Ogierek potrząsnął buntowniczo głową, ale widząc moje stanowcze spojrzenie grzecznie pochylił się i schwycił delikatnie leżącą rękawiczkę. Odebrałem ją od niego podając mu w zamian cukier. Z radością schwycił kostkę i głośno ją schrupał. Uśmiechnąłem się, zgarniając ze słupka jego kantar i uwiąz. Artem chwilę się boczył, ale w końcu pozwolił sobie założyć uzdę i wyprowadzić z pastwiska. Żwawym krokiem podążał tuż obok mnie rozglądając się uważnie wokół. Jeździłem już na nim i zna stadninę, ale wciąż jest bardzo czujny. Został zaakceptowany przez stado, dobrze sobie radzi. Z dnia na dzień jest tylko lepiej. Zdecydowanie nadaje się do ujeżdżenia i rajdów, które niestety dyscypliną nie są. A szkoda. Hm jak już skończę tę Akademię poproszę Romę, żeby pozwoliła mi założyć nową dyscyplinę. Powinna się zgodzić. Poniekąd jesteśmy spokrewnieni. To zobowiązuje bardziej niż nic innego.
Artem na widok Makabreski zatrzymał się gwałtownie. No tak jej nie poznał jeszcze. Pogładziłem go uspakajając po szyi i delikatnie pociągnąłem do przodu. Z lekkim oporem, ale dał się podprowadzić do ściany. Przywiązałem go i jeszcze chwilę głaskałem go po głowie, żeby oswoił się z klaczą. Ogier nadal nieprzekonany przyglądał się uważnie siwce i Ani, ale spokojnie stał w miejscu. Poszedłem po szczotki i wziąłem się za czyszczenie konia. Kasztanek na szczęście nie był zbyt brudny i szybko się ze wszystkim uporałem. Kiedy Ania nakładała już ogłowie ja dopiero leciałem po sprzęt. Po chwili zastanowienia zgarnąłem nowy komplet, który przysłali mi moi bracia. Tak na dobry początek roku. Ciekawe co tym razem wymyślili.
Sięgnąłem do ładnie zapakowanego pudła i wyniosłem na zewnątrz.
- Co tam masz? - spytała blondynka poprawiając popręg.
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami otwierając pakunek - Bracia wysłali mi jakiś komplet dla konia. Wiesz czaprak, nauszniki, owij...
Zamarłem widząc zawartość. Ugryzłem się w język i wybuchnąłem śmiechem.
- Co jest? - Ania popatrzyła na mnie pytająco unosząc brwi.
- Kupili mi komplet z serii "Batman" - parsknąłem wyciągając czarny czapraczek z logo Batmana - Idioci. Wiedzieli czego chcę. Jejku Artem będzie wyglądał pięknie.
Błyskawicznie nałożyłem Artemowi cały komplecik oraz siodło z ogłowiem. Koń prezentował się naprawdę ... interesująco. Wyszczerzyłem zęby i odwróciłem się do Ani.
- Co myślisz? - zagadnąłem do nieco oniemiałej dziewczyny.
- Jest super - uniosła do góry kciuk - To co jedziemy?
- Jasne.
Wskoczyliśmy na nasze konie i stępem pokonaliśmy dziedziniec. Artem rwał się do biegu, nie potrzebował żadnej rozgrzewki. Całe życie zrywał się do cwałów i teraz naprawdę nie musi się rozciągać. Pozwoliłem mu na chyży trucht, nie chcąc żeby szarpał się na wodzy. Dopiero za progiem lasu puściliśmy się swobodnym galopem. Ogier przybrał miarowe tempo, ale czułem że pragnie pędzić jeszcze szybciej. Wstrzymywałem go każąc trzymać się Makabreski. Po kilku minutach wypadliśmy na małą polanę. Przeszliśmy tam do stępa, by zaplanować gdzie dalej pojedziemy.
- Możemy wybrać się nad pomost - rzuciłem kręcąc się kłusem dookoła łączki.
- Pomost?
Pokiwałem głową.
- Jest nad rzeką. Widać stamtąd Milę i w ogóle.. Bardzo ładne miejsce - uśmiechnąłem się - Spodoba ci się. Chcesz się przekonać?

<Aniu? ;3>

czwartek, 9 października 2014

Od Ani

Piątek. Lekcje się skończyły. Weekend. Te 2 dni w tygodniu to dla ucznia ukojenie i życiodajny okres. Człowiek może się wtedy wyluzować.
Pakowałam książki do geografii (dawanie ludziom geografii na samiutkim końca planu lekcji jest zbrodnią, godną kary śmiertelnej, no, ale co ja mam do gadania). Z uśmiechem na ustach wyszłam z klasy i pomachałam na pożegnanie Asi i Remkowi. Para znikła za ścianą, żywo o czymś dyskutując. Gołąbeczki, hah.
Przeszłam przez żółty korytarz pełen drzwi do sal lekcyjnych i wyszłam na zewnątrz. Kilka kroków i już byłam przy drzwiach frontowych do akademiku. Poprawiłam swoją czarną torbę na książki i otworzyłam w rozmachem wielkie dębowe wrota. Na korytarzu nie było nikogo. Nic dziwnego, pewnie wszyscy już się rozeszli na swoje weekendowe zajęcia.
Kilka schodów w górę i już stałam przed wejściem do swojego różowego pokoju. Wygrzebałam klucz z torby i otworzyłam. Machinalnie wrzuciłam książki i resztę pod biurko i padłam na łóżko. Byłam zmęczona po całym tygodniu szkoły. Miałam ochotę zakopać się w ciepłej kołdrze i poczytać coś przyjemnego i lekkiego. Ale moje plany przerwał dźwięk SMS'a, wydobywający się z mojej torby. Zczołgałam się z łóżka, ciągnąc za sobą różową kołdrę i wyciągnęłam telefon. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie jakie miałam szczęście. Telefon był niewyciszony, więc gdyby tak zadzwonił na lekcji to... Marny mój los.
Spojrzałam na ekran. Dawid: Jak nie masz nic do roboty to przychodź szybko i pojedziemy w teren, do lasu ;). Kuszące. Chociaż średnio mi się chciało cokolwiek robić, to teren był ciekawym i zachęcającym pomysłem na początek weekendu. Wysłałam do Dawida wiadomość: OK i wyciągnęłam z szafki brązowe bryczesy i biały podkoszulek.
Dryń. Dawid: Czekam przy stajni. Przebrałam się, rzucając moje dotychczasowe ciuchy w kąt pokoju. Wzięłam jeszcze bacik dla Makabreski (nie wiadomo co ta klacz może wyprawiać w nowopoznanym  terenie) i plecak z podstawowymi rzeczami (woda, bluza itd.). Wyszłam z pokoju, zamknęłam i znowu zbiegłam po schodach. Ciekawe ile razy w ciągu tygodnia już tędy chodziłam...
Wyszłam na dziedziniec i poszłam w prawo. Po kilku minutach marszu zobaczyłam stajnię, a przy niej wysokiego chłopaka z brązowymi włosami i bródką. Dawid ubrany był w czarne, znoszone bryczesy i czerwoną koszulę w kratę. Machnęłam mu z daleka i przyspieszyłam kroku.


<Dawid? xd>

Od Ani - Srebrzanka cz. 1

Szliśmy razem z Dawidem wzdłuż płotu odgradzającego Akademie od lasu. Dzień był ciepły i lekko pochmurny. Wiatru nie było, ale chłodne powietrze w zupełności wystarczało, żeby ochłodzić organizm. Czyli ogólnie- przyjemny październikowy dzień. Wracaliśmy po porannej lekcji ujeżdżania. Śmialiśmy się w najlepsze, bo jedna laska z II klasy, która zawsze się chwaliła, że najlepiej panuje nad koniem, nieźle dziś gruchnęła o ziemię. Jak się konia ciągnie za wodzę to prędzej, czy później się wnerwi. I dziś tak było. Hermes stanął dęba i zrzucił "najlepszego jeźdźca ujeżdżeniowego".
- Głupia jędza -  skomentowałam całą tą sytuację. - Dobrze jej tak. Zawsze wchodziła mi w drogę na czworokącie.
- Mi też. Jakby się tak nie popisywała, to może by ją Hermes słuchał - wtórował Dawid.
- Tak w ogóle, to ładnie ci dzisiaj szło na Artemie. Świetnie idzie wam piaff.
- Ty też sobie nieŹLE radzisz - zaśmiał się, akcentując "źle".
- No dzięki - powiedział do niego i wystawiłam język.
Szliśmy dalej, rozmawiając o przyziemnych sprawach. Stwierdziłam, że trzeba by zrobić niespodziankę na urodziny Asi (ma 1 listopada, siedemnastka). Dawid przyznał, że to dobry pomysł. Zaczęliśmy rozmawiać o urodzinach. Powiedziałam mu, że swoje obchodziłam niedługo przed przyjazdem do Akademii (16 lat), a on wyznał, że kończy 19 w maju.
- Czuje się przy tobie staro - zaśmiał się.
- A ja czuję się przy tobie jak dziecko. I kto ma gorzej?
Gadaliśmy jeszcze chwilę.
Nagle coś przykuło moją uwagę. Coś białego poruszało się po lesie. Coś co wyglądało jak...
- Koń? - zapytałam zdziwiona. Podciągnęłam wyżej kucyka i podeszłam do drewnianego ogrodzenia.
- Gdzie? - burknął Dawid, dalej stojąc w miejscu w wyluzowanej pozie.
- Tak - wskazałam ręką w stronę wielkiego buku. Nagle zza pnia wyłonił się bielutki wierzchowiec. Jego sierść oświetlały promienie światła, którym udało się przejść przez gąszcz żółtych liści. Przez ten efekt światło-cienia wyglądał jakby był srebrny. Na pysku miał ciemniejszą łatę. Ciało mocno wyrzeźbione, ale mocno poharatane.
- Cudny jest - patrzyłam na niego jak na zjawisko.
- Dzięki - zaśmiał się Dawid, za moimi plecami.
- Nie ty idioto, tylko koń - powiedziałam, dalej nie spuszczając oczu ze stworzenia.
Ów stworzenie natomiast nie spuszczało wzroku ze mnie. Ale bynajmniej nie było przyjaźnie nastawione. Koń miał położone uszy i pozę gotową do ucieczki.
- Czyj on jest? - zapytałam w stronę chłopaka.
Dawid w końcu podszedł do barierki.
- ONA? - poprawił mnie. - Nie jest akademicka. Jest chyba niczyja.
Zdziwiłam się. Taka piękna klacz, a nikt jej nie chce?
- To czemu nikt jej nie złapie i nie przytaszczy do Akademii? - pytałam dalej.
- Bo się nie da.
- Nie da?
- No nie da. Jest zbyt dzika i wroga. Niejeden z naszej Akademii chciał ją oswoić, ale kończyło się to połamanymi kośćmi. Nazywamy ją Srebrzanka.
Srebrzanka... Imię pasuje.
Niejeden tak? Ale ja, nie jestem "niejednym".
Dawid spojrzał na mnie i odgadł moje myśli i powiedział:
- Ty chyba nie myślisz o tym, co ja myślę, że myślisz?
Nie odpowiedziałam.
- Dobra, panno Anno. Idziemy.
Chwycił mnie za ramie i zaciągnął w stronę akademii.
CDN.

Od Ani CD. Remka

- Na co macie ochotę- zapytał brunet. Ten, no... Remek. Tak, pamiętam jego imię. Podał kartę mi i Asi. Popatrzyliśmy się obie po spisie napojów i ciastek.
- Cappuccino - powiedziała po chwili dziewczyna.
- A ja poproszę latte - odezwałam się cicho. Trochę głupio mi było, że ten chłopak płaci. Przecież poznałam go kilka minut temu. Z drugiej strony nie wypadało odmówić. Dobra, teraz niech on płaci, ja się kiedyś odwdzięczę.
- Jakieś ciastko do tego? - znów zapytał i spojrzał na Asię takim wzrokiem, jakby nie wierzył, że ona tam stoi i jest obok niego.
- Ja chcę to czekoladowe z bitą śmietaną - powiedziała dziewczyna, wskazując palcem brązowe ciasto. Remek spojrzał na mnie, unosząc brew. Zdecydowanie inaczej patrzył na mnie, niż na nią.

- Hm... To ja w sumie też poproszę - odparłam po chwili zastanowienia. Zwróciłam się do Asi - Chodź, kulonoga, poszukamy stolika.
Moja nowa znajoma zaśmiała się i poszła za mną. Długo szukać nie musiałyśmy. Kawiarnia była niewielka, a ludzi mało, więc o stolik było nietrudno. Wybrałam czteroosobowy, który stał samotnie pod oknem. Asia siadła po prawej stronie, opiekając kule o ścianę. Chorą nogę wyprostowała pod stołem. Remek został przy kasie, żeby złożyć zamówienie.
- Powiedz... - zwróciłam się do Asi - Chyba nie jesteście zbyt długo parą.
- Z kim? - zapytała zdziwiona. Kiwnęłam głową w stronę kasy. - Aaa! - oprzytomniała Asia. - Fakt. Niedługo. A skąd to wiesz?
- Można powiedzieć, że mam szósty zmysł do takich spraw - powiedziałam i wbiłam wzrok w ścianę. Tymczasem nadszedł Remek niosąc (w sumie nie wiem jak on to zrobił) 3 filiżanki z kawą w jednej ręce.
- Proszę - położył moje latte przede mną. Pachniało i wyglądało przepięknie. - I dla ciebie... Kotku - powiedział, podając Asi jej zamówienie. - Za chwilę doniosę ciasto.
Nie trzeba był mieć szóstego zmysłu, żeby domyśleć się, że niezbyt długo są parą. Całusy, które ze sobą wymieniali i słowo typu "kotku", "słoneczko" nie przychodziły im tak łatwo jak starszym parom. W sumie to zastanawiałam się czy już oficjalnie zostali parą, czy jak na razie tylko ja o tym wiem.
Chłopak wrócił i podał nam ciastko czekoladowe. Wzięłam łyk kawy. Siadł obok swojej... Ekhem, dziewczyny i zaczął pić swój napój. Asia w tym czasie wgryzła się w swoją porcję brązowej masy. Zaczęła się luźna rozmowa na tematy typowo szkolne i ogólnikowe. Skąd jestem, skąd oni są, gdzie chodziliśmy do gimnazjum itp. Moja znajoma zjadła już swoje ciasto i zaczęła popijać kawę, ukradkiem patrząc na twarz Remka. Chłopak natomiast gapił się to na nią, to na mnie, to na swoją kawę, której nawet nie tknął. Z tym, że patrząc na Asię wzrok miał zakochany, patrząc na mnie wyglądał, jakby chciał, żebym poszła, a patrząc na kawę miał wzrok malkontenta. Trochę mnie krępowało to jego spojrzenie, ale chciałabym poznać tutaj kogoś, toteż postanowiłam nie iść, dopóki wszyscy nie skończymy jeść.
Zjadłam swoje ciasto czekoladowe i dokończyłam kawę. Rozmawialiśmy już na temat naszych koni. Dowiedziałam się w końcu jak ma na imię koń Asi- Kalandor oraz o tym, że Remek ma klacz rasy Paint Horse o nietypowym imieniu, którego nie pamiętam (to było coś związanego z księżycem) i psa Cappy. Ja opowiedziałam o swojej Makabresce i Suni, która pewnie teraz kwili w moim pokoju domagając się wyjścia.
Gdy już skończyłyśmy z Asią nasze kawy (Remek swojej nie tknął) zebraliśmy się do wyjścia. Dziewczyna kuśtykają do drzwi, które z czułością otworzył brunet, chyba była już trochę zmęczona tym chodzeniem. Wyszliśmy na pole. Pomyślałam, że powinnam ich zostawić samych, ale wtedy Asia zapytała, patrząc się szarą koszulkę Remka:
- To co robimy? Może wszyscy razem wpadniemy do mnie? - zaakcentowała "wszyscy razem". Chyba nie była pewna czy chce zostać z Remkiem sam na sam. Ja natomiast nie chciałam im robić za przyzwoitkę, szczególnie, że słabo ich znałam. Zastanowiłam się co zrobić.

<Remek? Asia? c:>

środa, 8 października 2014

Od Remka C.D Ani

Szczerze mówiąc widok nieznanej mi blondynki ostudził mój zapał. Speszyłem się nieco i już, nie biegiem, podszedłem do Asi by powitać ją czułym uściskiem. Odwzajemniła gest przy okazji cmokając mnie w policzek. Uśmiechnąłem się rozmarzenie, pogładziłem leciutko jej policzek po czym zwróciłem się do drugiej dziewczyny.
- Remek - wyciągnąłem do niej rękę, przyglądając się jej z sympatią.
- Ania - odparła, unosząc delikatnie kąciki ust - Miło mi cię poznać.
- Wzajemnością. Jak się czujesz Asiu... - zmarszczyłem nagle brwi, uprzytamniając sobie jedna rzecz.
- Czemu nie jesteś w szpitali? - rzuciłem oskarżająco zakładają ręce - Powinnaś jeszcze leżeć, nie możesz się nadwyrężać! Dziewczyno dbaj o siebie! Chcesz nie jeździć konno przez kolejne tygodnie? Asiu no ja...
- Spokojnie Remuś - przerwała mi spoglądając na mnie pobłażliwie - Nic mi nie będzie naprawdę. Jest ok. Nie zrobię sobie krzywdy a już na pewno nie pod twoją opieką - uśmiechnęła się.
Boczyłem się jeszcze chwile, ale ostatecznie uległem jej urokowi. Westchnąłem ciężko i pokręciłem lekko głową.
- Zabijesz się kiedyś - stwierdziłem z żalem - No, ale może jeszcze nie dziś. Jak się czujesz?
- Całkiem nieźle - puściła do mnie oczko - A teraz nawet lepiej. Ale nie mogę jeździć konno niestety przez jakiś kolejny tydzień. Straszna szkoda, bo Kalandor będzie musiał się ostać. Niby mogę go lonżować, ale to w końcu nie to samo co jazda w siodle..
- Oj nie. No, ale nie czas na smutki, prawda? Wróciłaś do Akademii jak dla mnie to wystarczający powód by wybrać się do kawiarni, co? Na cappuccino albo kakao co kto woli - zaproponowałem wesoło - Wybierzemy się razem?
- Idziesz z nami Aniu? - zwróciła się Asia do milczącej blondynki - Chodź będzie fajnie. I tak dzisiaj nic się nie dzieje, więc co masz do stracenia?   
Ania popatrzyła na nas chwilę po czym uśmiechnęła się delikatnie, kiwając głową.
- Z chęcią - odparła miękko - Zawsze okazja, żeby poznać miasteczko.
W duchu miałem nadzieję, że odmówi i spędzę ten dzień sam na sam z Asią, ale niech będzie. Czemu nie? Może okazać się całkiem sympatyczną koleżanką. Warto zawierać znajomości, a że dziewczyna jest nowa... No zobaczymy jak to się rozwinie.
Drogę do miasta spędziliśmy rozmawiając o różnych błahostkach. Ot typowe luźne pogawędki. Rzadko kiedy w sumie potem pamiętam o czym tak właściwie gadaliśmy. Ale czy to ważne? Grunt, że wyjątkowo szybko zeszła i już po chwili siadaliśmy do stolika w Vanilla Cafe. Razem z Asią siedliśmy na małej sofce w kącie, Ania naprzeciw nam. Z zadowoleniem objąłem lekko moją towarzyszkę i cmoknąłem ją w czółko.
- No już, już - zaśmiała się spoglądając na mnie zadziornie - Nie w miejscu publicznym..
- Kogo to obchodzi? - uśmiechnąłem się lekceważąco - Nasze życie, nasz problem nie ich. Zresztą i tak mało tu ludzi... Większość pewnie jeszcze jest w pracy albo siedzą gdzie indziej. Nie ma się czym przejmować, spokojnie. Dzióbek w czoło chyba jeszcze nikogo nie uraził na moralności.
- No nie wiem - wtrąciła Ania uśmiechając się szeroko.
Popatrzyłem na nią przepraszająco.
- Wybacz, Aniu - wyszczerzyłem zęby - Ale nawet sobie nie wyobrażasz jak można się stęsknić za kimś w ciągu niecałej doby. W zamian za ja dziś płacę. Akurat miałem wypłatę to możecie poszaleć - puściłem oczko sięgając po kartę - Na co macie ochotę?

(Asiu? Aniu?)

wtorek, 7 października 2014

Od Ani CD. Asi

- W takim razie zaczekasz na mnie chwilę? Załatwię sobie wypis i pojadę z tobą - powiedziała brunetka (chyba farbowana, bo miała odrosty) i znikła za zielonkawą ścianą. Wydawała się całkiem spoko jak na pierwszy rzut oka. Nie wiem, czy powinna chodzić z taką nogą po wyprawki, ale co tam. Jak dziewczyna chce, to niech idzie! W sumie też nie wiem, czy bym dała radę usiedzieć dłużej niż 24 godziny.
Do lady podeszła jakaś starsza babka, z nienaturalnie upiętym kokiem i w znoszonym szpitalnym stroju.
- O co chodzi? - zapytała grubiańsko, niby zwracając na mnie uwagę.
- Chciałabym oddać kartę zdrowia- powiedziałam krótko.
- Dawaj - podałam jak kazała. - Dobrze. Nazwisko?
- Olszewska.
- Imię?
- Anna.
- Do Zielonej Mili, tak?
- Tak.
- Dobra.
Wzięła ode mnie kartę zdrowia, po czym otworzyła jakąś szafkę za ladą. Wyciągnęła jakąś dużą szarą kopertę napisała na niej moje dane i włożyła do niej książeczkę. Wrzuciła wszystko do szafki, zamknęła ją z impetem, rzuciła do mnie: "to wszystko" i wyszła.
Usłyszałam stukot podłogi za sobą. Wraca ta dziewczyna. Wysoka nieznajoma wyłoniła się zza tej samej ściany. Kuśtykając wolno szła w moją stronę. Jej nierozgarnięte brązowe włosy zakrywały nieco pogniecioną koszulę w kratę.
- Chodź! Spadamy - krzyknęła w moją stronę. Próbując poruszać się jak najszybciej brała duże zamachy kulami i robiła wielki przeskok na jednej nodze. Wyglądało to trochę zabawnie.
- Pomóc ci? - powiedziałam, z trudem opanowując śmiech.
- Nie, spoko. Dam radę - powiedziała, uśmiechając się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. Kiedy zbliżyła się do mnie zaczęłam iść obok niej. Pędziła dość szybko, jak n kogoś z urazem nogi.
- Co tak lecisz? - zapytałam w jej stronę.
- Poszłam po wypis, ale była cholerna kolejka i nie chciało mi się czekać. Więc teraz szybko wyjdę, tak, że mnie nikt nie zauważy i będzie po sprawie.
Pojawił się jeden, tyci problem. Doszłyśmy do schodów.
- Co to za pomysł, żeby kogoś z chorą nogą dawać na piętro?! - oburzyła się zielonooka.
- Genialny - odparłam sarkastycznie. Dziewczyna zaczęła schodzić w dół, ale coś jej to nie za bardzo szło.
- Czekaj - burknęłam do niej i wzięłam ją za łokieć. Tak, stopień po stopniu, schodziłyśmy w dół. Uznałam, że czas najwyższy się przedstawić.
- Tak w ogóle, to jestem Ania Olszewska.
- Asia Mleic. Miło poznać - dodała. Wydawała mi się trochę nieobecna, tak jakby myślała o czymś zupełnie innym.
Półpiętro i kolejnych kilka stopni.
- Nowa w Akademii - oprzytomniała nagle i zrobiła kolejny krok.
- Owszem.
- I co? Podoba się? - zapytała retorycznie, bo chyba sama znała odpowiedź.
- Nawet bardzo.
- Hah! Tak myślałam! Wiesz, jak chcesz to możemy się wybrać na przejażdżkę potem... Znaczy, jak mi już noga wróci do normalnego stanu- odparła po chwili namysłu, po czym dodała:
- Chociaż... W sumie... Jakbyś się uparła to może i jutro...
- No, no! Ty już lepiej siedź w łóżku! Jeszcze dostaniesz jakiegoś poważniejszego urazu od tego i w ogóle nie będziesz mogła jeździć.
- A ty co? Lekarz medycyny - powiedziała żartobliwie, wywalając do mnie język.
- Nie - zaśmiałam się. - Ale trochę znam się na urazach.
Doszłyśmy do końca schodów i obie westchnęłyśmy z ulgą.
- Zaraz cię przedstawię innym. Poli, Dawidowi i... Remkowi - ostatnie imię wypowiedziała jakimś dziwnym tonem. Domyśliłam się, o co chodzi.
- Spoko. Dzięki wielkie, że starasz się mnie "zintegrować" z resztą, pani wychowawczyni - odparłam ze śmiechem.
- Odezwał się lekarz medycyny - Asia również się zaśmiała i odgarnęła włosy do tyłu. Zbliżyłyśmy się do wejścia. Otwarłam jej drzwi, żeby mogła spokojnie przejść.
Zaraz po wyjściu dopadło nas jesienne słońce i lekki powiew wiatru. Było mi trochę zimno, bo w końcu miałam na sobie tylko bluzkę i nawet pół grama swetra. Asia też nie była najlepiej ubrana.
- Tędy - wskazała kulą na prawo, opierając się na zdrowej nodze. - Tak w ogóle, to jakiego masz konia? Jaka rasa?
- Arab. Makabreska się nazywa.
- Ja angloaraba. Nazywa się Ka...
Nie dokończyła zdania, bo z naprzeciwka zmierzał ku nam wysoki, ciemnowłosy chłopak.

<Asia? Remek? xd>

Od Asi CD. Remka

Zaśmiałam się pod nosem, słysząc jego nieporadność. Chyba jeszcze nie słyszałam, żeby aż tak się denerwował. Najwyraźniej żadne z nas nie miało pojęcia co się stało poprzedniego dnia i w sumie, dzieje się nadal. Pomimo wszystko, nie czułam się szczególnie zakłopotana, wręcz przeciwnie,
- Słonko? Nie chcę cię zawieść, ale wolę Asia - powiedziałam, wstając z łóżka. Przetarłam oczy i westchnęłam cicho.
- Wybacz, nie znam się na tym - prychnął, automatycznie wywołując u mnie uśmiech. Miło było go chociażby słyszeć, nawet, jeśli nie mogłam go zobaczyć. Szkoda, już zdążyłam zatęsknić za widokiem tych dołeczków. Naprawdę były cudowne, dodawały uroku. Stłumiłam w sobie syknięcie, kiedy spróbowałam wstać.
- Też specjalnego doświadczenia nie posiadam - mruknęłam, wlepiając wzrok w nogi. No tak, rzepka. Czy zostawili mi tu jakieś kule? Byłabym bardzo wdzięczna, inaczej moje możliwości zostałyby ograniczone do minimum.
- Kiedy wychodzisz? - usłyszałam z telefonu i zmarszczyłam brwi. Czy to nieoczywiste?
- Dzisiaj - odparłam bez wahania, poszukując wzrokiem czegoś do podparcia, chociaż laska, kijek, cokolwiek. Zaraz, skąd w szpitalu mógłby się wziąć kijek?
- Czekaj, jak to dzisiaj? Przecież po takim urazie nie ma nawet co liczyć, że wypuszczą cię tak szybko - obruszył się chłopak, najwyraźniej martwiąc się coraz bardziej. Kochane, ale kompletnie zbyteczne.
- Nawet, jeśli sami nie dadzą mi wypisu, wyjdę na żądanie. Przepraszam, ale muszę kończyć, zadzwonię później - powiedziałam naprędce, odkładając telefon. Zatrzymałam jednak rękę w połowie drogi do stolika i przyłożyłam z powrotem do twarzy. - Kocham cię - dodałam na koniec i dopiero wtedy zakończyłam połączenie. To musi być naprawdę dziwne uczucie, usłyszeć coś takiego z mojej strony. W każdym razie, rozproszyłam się, znowu. Czemu chłopak wywraca wszystko do góry nogami i dodatkowo rozprasza uwagę? Więcej problemów, niż myślałam.
Omiotłam pomieszczenie wzrokiem, dlaczego nikt nie pomyślał o kulach? Jak miło, że nie musiałam długo czekać na pielęgniarkę. Najwyraźniej osoby zarządzające oddziałem przewidziały przydzielenie mi czegoś, dzięki czemu mogłam chodzić. Dziękuję niezmiernie. Zabrałam kilka rzeczy z torby przywiezionej tu nie wiem kiedy, jak i przez kogo, po czym udałam się do łazienki. Odświeżona, czysta i przebrana wróciłam do pokoju i usiadłam z powrotem na łóżku. Zastanawiałam się, czy dzwonić do Remka, z jednej strony potrzebowałam eskorty, ale z drugiej wolałam nie zawiadamiać go o byle czym. Trochę godności we mnie zostało. Pozbierałam swoje szpargały, wsadziłam telefon do kieszeni i wyszłam na korytarz. Lewo, prawo, windą w dół i jest recepcja. Przekrzywiłam głowę, przypatrując się znajomej blondynce. Przekazała kobiecie za ladą jakąś kartkę i już miała skierować się do wyjścia, kiedy jej wzrok natrafił na mnie. Uśmiechnęła się, podchodząc bliżej.
- Co tu robisz? - zapytałam na powitanie. Dziewczyna zmrużyła lekko oczy zdziwiona, jednak nadal promieniała.
- Przyszłam przekazać kartę zdrowia. Z kolei ty jak widzę nie obeszłaś się bez kontuzji - stwierdziła, przenosząc spojrzenie na moją nogę. Pokiwałam lekko głową.
- Tydzień usztywniona, a poruszać się muszę, jak widać o kulach, ale jakoś dam radę. Wracasz do akademii? - W odpowiedzi otrzymałam krótkie przytaknięcie. - W takim razie zaczekasz na mnie chwilę? Załatwię sobie wypis i pojadę z tobą - powiedziałam i ugryzłam się w język, aby nie zakończyć stwierdzeniem "przynajmniej Remik będzie spokojniejszy".

<Aniu? c:>

Od Remka C.D Asi

- Że dzisiaj? A nie jesteś jeszcze kontuzjowana? - spytałem nieprzytomnie, nawet nie unosząc głowy z poduszki. Cappy popatrzył na mnie oskar...